Każdy ma swój (przynajmniej) kwartet podróżniczych
uciążliwości. Zacznijmy od końca. Moja czwórka ukształtowała się tak:
4. Tramwaje, czyli dzień świstaka
Nie wiem jak rekrutowani są do pracy
motorniczowie, ale z pewnością jedna cecha wyklucza ich z zawodu – empatia. Ty
wprawdzie masz nieustającą nadzieję, że empatyczne światełko tli się w duszy
motorniczego. I tak dostrzegasz tramwaj i jako ochotnik podróży przemierzasz
chodnik zygzakiem, wpadasz na pasy i machasz do motorniczego by ten chwilę
zaczekał. Motorniczy beznamiętnie zamyka drzwi, mimo, że światło wciąż jest
czerwone. Wysyłasz intensywnie znaki, że chyba nie zrozumiał, bo ty chcesz
wsiąść. On spogląda na ciebie chłodno i odwraca głowę. Wszystko w ruchu
spokojnym i majestatycznym.
Z zadziwiająca precyzją powielasz tę
czynność w nieskończoność. Następnym razem gdy zobaczysz tramwaj również
przebiegniesz przez chodnik zygzakiem, przemierzysz pasy i będziesz natarczywie
machać do motorniczego. I znów on popatrzy na ciebie a ty na niego, on
odjedzie, ty zostaniesz.
Szczególnie silną odmianę tego trendu
dostrzegłam w Warszawie.