Będąc na Słowacji sporo jeżdżę na
rowerze. Po małych miasteczkach i wsiach jeździ się świetnie – drogi całkiem puste i jak na rower – szerokie.
Nieco gorzej w górach. Najtrudniejsze są ni to drogi ni to ścieżki, czyli
asfalt naszpikowany wyrwami na głębokość koła. Gdy kończy się asfalt jest już
znacznie łatwiej.
Ruszam w góry, najpierw łagodnie,
trzymam się szlaku, potem trochę trudniej, przez błoto, ale trzymam się szlaku.
Nadal trudno, ale trzymam się szlaku. W pewnym momencie nie tylko zrobiło się
bardzo trudno, ale i ścieżka zniknęła. Pomyślałam, że to niemożliwe, żebym
zjechała ze szlaku, bo przecież uważnie patrzyłam.
